piątek, 15 maja 2015

Rozdział 3 - Ayumi

Pamiętam jak wracałyśmy z baru niosąc na rękach Kris. Biedna, nachlała się jak rasowy Rusek. Oparłam się o drzwi i otworzyłam zamek. Weszłyśmy do mojego mieszkania.  Czym prędzej położyłyśmy kurdupla na kanapie.  Przeniosłyśmy się z Alex do mojej kuchni, aby pozwolić małej spać. Siedziałyśmy w niej i dalej piłyśmy. Niespodziewanie chwiejnym krokiem przyszła do nas Kris.
            - Sugeruję abyś się położyła. – Powiedziałam do niskiego ktosia.
            -  Nie… loskasuj mi – Mówiła pijana mrówka
            - Yumi ma rację, powinnaś się …. -  Nie zdążyła dokończyć żyrafa, bo przerwał jej nagły odruch złapania maleństwa, kiedy ono zachwiało się i niebezpiecznie zaczęło lecieć do przodu, ale podparło się ręką o blat i zniweczyła plany szatana, aby rozjebała się na podłodze. Szybko wzięłam z pod stołu mały taboret i postawiłam obok kurdupla. Alex posadziła siłą Kris na mebelku. Znowu wzięłyśmy małą na kanapę, ale opadłyśmy na nią razem z zombi. Na szczęście ten mały pijok zabrał z kuchni flaszkę wychlanej już do połowy wódki. Sięgnęłam za sofę w nadziei, że została tam butelka pepsi, którą zostawiłam dzisiaj rano. Złapałam przedmiot, ale na moje nieszczęście ciągnąc go do góry przetrąciłam mojego rudego kota. Zobaczyłam na stoliczku przy siedzeniu, rozstawione trzy kieliszki, które posiadały już zawartość. Chciałam zaprzeczyć, że Kris nie ma pić, ale ta już czekała z szkiełkiem w ręce na dolewkę pepsi do napoju. Westchnęłam cicho i nalałam jej. Przez swoją nieuwagę mała rozlała połowę zawartości  na swoje spodnie. Zaczęłyśmy wszystkie się śmiać i w końcu znowu pić. Po trzydziestu minutach siedzenia na kanapie usiadłyśmy na ziemi przy stoliku i grałyśmy ehh…. w pijane makao. Jak któraś przegrała musiała odpowiedzieć na pytania tego cwela, który wygrał. No kurwa dlaczego to ja musiałam zazwyczaj przegrywać.
            - Dobrze. Znowu Yumi. Odkąd jesteś w Japonii z iloma facetami spałaś? – Generalnie Alex nie rozmawia na ten temat, ale nadmiar alkoholu dawał się we znaki. Wredna, mała( oczywiście sarkastycznie) małpa!
            - Eto....no…
            - Mów to cholery jasnej ździro! – Odezwał się ten jebany Rusek.
            - Ok. No jeden….dwa – zaczęłam liczyć w pamięci niestety wspomnienia zaczęły wracać. Nie chciałam tego,  znowu zacząć tęsknić za dniami kiedy nie miałam problemów, a przynajmniej nie takie jak teraz. Popatrzyłam na Alex, która niecierpliwie czekała na moją odpowiedz, te jej oczy, które pamiętałam zawsze przepełnione smutkiem i rozpaczą. Teraz coś się zmieniło. Musiała wiele przejść, ale cieszę się widząc ją tutaj, teraz uśmiechniętą.
            - To ile w końcu? – Spytała moja przyjaciółka z dzieciństwa, patrząc na mnie tą zieloną głębią.
            - No jakoś czterech…

            - Suka! Puszcza się na prawo i lewo…. – krzyczała Kris. Uciszyłam ją kładąc palec na jej ustach. Czarna szminka zostawiła lekki ślad na mojej skórze. Wzięłam rękę, chciałam pójść po kolejną pepsi, ale musiałam pójść do drzwi bo rozległ się odgłos pukania. Otworzyłam je lekko. Moim oczom ukazała się ta wredna szm…yyy to znaczy moja sąsiadka. 
           - Chcę ci przypomnieć, że nie jesteś tu sama. Są też osoby, które chcą spać, więc ucisz swoją koleżankę. - Powiedziała ze wściekłością w oczach. Wyglądała jak typowa lalka Barbie. Utleniane blond włosy, niebieskie oczy i ta tapeta, boże tyle to nawet moi współpracownicy nie mają. 
          - Ohh, przepraszam najmocniej - powiedziałam sarkastycznie - już idę ją uspoko.... - nie dałam rady dokończyć, ponieważ między mną, a lalką Barbie pojawiła się niska postać.
          - Ty szmato! Masz coś do mnie? Jakbym miała tyle tapety to też bym się bała, że odpadnie jak będę się darła. W końcu masz jej tyle ile ja na ścianach!
Kobieta zrobiła się czerwona z gniewu i poszła do swojego mieszkania. Popatrzyłam na Kris. Ona tylko stała zadowolona z siebie. Przypominała moją przyjaciółkę, która teraz jest w Polsce ze swoim mężem i synkiem. Tęsknię za moim narodem, a bardziej za moją "rodziną" przyjaciółmi. Których mi tak bardzo brakowało przez te dwa lata spędzone w Japonii. Czy to naprawdę, aż tak długo? Poczułam jak do oczy napływają mi łzy, więc szybko odwróciłam wzrok od ciemnowłosej kobiety. 
         - Coś się stało? - niespodziewanie zapytała mnie Kris. Byłam bardzo zdziwiona jej słowami, powiedziała to bez przekrętów i z.... współczuciem? Może alkohol robi z nią coś dziwnego. - Yumi, coś się stało?
        - Nie. - odpowiedziałam szybko - chodź już do środka, bo zostawiłyśmy samą Alex z wódą!
        - No nie! Na pewno wszystko wychlała - mówiła Kris pędząc już przez korytarzyk mojego domu. Zamknęłam drzwi i pobiegłam do salonu. Zobaczyłyśmy jak ta żyrafa pochłania ostatnie krople wódki, które zostało u mnie w domu. JAK ONA ŚMIAŁA! Adachi siedziała na kanapie rozwalona jak typowy polak, który czeka, aż jego kobieta przyniesie mu obiad ehh. Spojrzałam na Kris, która kipiała złością. Podeszła wściekła do leniwca i zaczęła się drzeć, że ona też chciała, ale żadne z jej słów nie dochodziło już do zombie leżącego na miękkim mebelku. Podeszłam do krasnala i popchnęłam na drugi koniec kanapy. Nie miała siły nawet wstać, boże co one robiły. Podniosłam Alex i z trudem zaniosłam do wolnego pokoju. Potem wróciłam do Kris. Ściągnęłam z niej spodnie i okryłam kocem, który leżał na fotelu, poszłam do łazienki wziąć prysznic, ale nie dałam rady, więc ruszyłam do swojego pokoju, gasząc wszystkie światła. Moje królestwo. Liliowe, ściany, jasne panele i widok z okna na Tokio. Dwuosobowe łóżko z moją miękką pościelą koloru białego. Toaletka z kosmetykami, drewniane biurko, wielka szafa i komoda oraz pluszowy miś, który siedział na blacie. Przebrałam się w swoją niebieską, krótką, jedwabną koszulę nocną i położyłam do łóżka. Zamknęłam oczy i odpłynęłam w krainę snów, zostawiając wszystkie zmartwienia i problemy za sobą.

sobota, 9 maja 2015

Rozdział 2 - Kris

- Nie wierzę, po prostu, kurwa, nie wierzę.

Z moich pomalowanych na czarno ust, raz po raz wydobywają się zgrabne wiązanki przekleństw oraz liczne warkoty i prychnięcia. Wściekle to zaciskam, to rozkurczam dłoń na wycinku z gazety. Tusz, którym został wydrukowany tekst, rozmazuje się przez pot. Jest chłodno – a mi z kolei upalnie. Powietrze, którym oddycham, parzy mi płuca. Tak jakbym wypiła jakąś szklanicę kwasu. Nie wiem, czemu tak jest. Zwykle się tak nie stresuję przesłuchaniami. 

Kobieca intuicja?
Tja, jakbym jakąkolwiek posiadała..

Nie opatulam się w swetry, nie jestem w płaszczu. Poruszam lekko ramionami, czując jak moja skórzana czarna kurtka z licznymi zamkami przesuwa się. Czuję to dokładnie na moich nagich, wytatuowanych ramionach - mam na sobie tylko czarny podkoszulek.

"Pracy szukasz, nie? Robienie za Verę Lynn* jest jednak za tanie, wiesz?"

Przypominam sobie słowa Halldóra, po czym prycham i tupiąc, wypuszczam kolejny potok niecenzuralnych słów. Przechodząca obok starsza pani zakrywa idącemu tuż koło niej dziecku uszu. Jej pomarszczona twarz pełna jest wyrzutu, ale gdy zauważa moje ostre rysy, tak tutaj nie pasujące, jej wściekłość zmienia się w pobłażanie.

Och, no tak – ci cudzoziemcy, tacy niewychowani...

Dzieciak za to wyłupia te oczy, jak tylko może. Mam ochotę sarknąć na niego, żeby tak się nie wysilał, bo on to rodowy Japończyk i tylko operacja plastyczna...

Milczenie jest jednak o wiele lepszą opcją.

Powodem mojego poprzedniego uniesienia jest bar, przed którą stoję. "Drunk Paradise"... Kto tę nazwę wymyślił? Z jakiegoś powodu czuję żyłkę pulsującą na skroni.

Lokum wygląda w cholerę przeciętnie. Stoję przed budynkiem, więc nie wiem – może w środku jest lepiej? Ale to, co widzę na chwilę obecną, nie zachwyca.

Ściany w oranżach, żółciach... Zero pazura. Dziwaczne zestawienie stoliczków i barowych kanap. Podłoga wyłożona panelami, które mogą być równie dobrze dębem, orzechem... Cholera wie czym. Bez charakteru, przeciętnie – dupa.

Ach, ale te obiecana sumka za jeden występ...

Stoję tak jeszcze przez chwilę, mieląc w dłoniach papier. Nerwowo przystępuję z nogi na nogę, mając dziwaczne wrażenie, że pot aż chlupocze mi w glanach. Może nie powinnam ich ubierać? Nah, albo glany, albo boso.

Mam już otworzyć te paskudnie przeciętne drzwi, gdy mój wzrok przykuwa witryna.

Eeee, złe słowo – zaraz zabrzmię, jakbym kogoś uprzedmiotowywała.

Przy stoliku, tuż przy oknie siedzą dwie młode kobiety. Widać, że z całą pewnością nie Japonki. Mają słowiańskie rysy. Wysokie, mogę to zobaczyć nawet, gdy siedzą. Ale co bardziej przykuwa mój wzrok, są ich biusty. Gapię się i gapię i wciąż nie mogę uwierzyć, jak to to jeszcze im z bluzek nie powyskakiwało.

Piją. Nie bardzo wiem co. Podejrzane kolory; jakieś takie ni to zielone, ni to niebieskie, trochę żółci, tam kapka różu... Wzdrygam się na myśl, co barman mógł tam podolewać. Halldór zdradził mi trochę sekretów i od tej chwili do pracy przynoszę własny alkohol. Ja naprawdę boję się własnego brata.

Pigułkę gwałtu w płynie już wymyślono? Eeee, chyba nie...

Potrząsam głową, słysząc jak łańcuszek biegnący od piercingu w dolnej wardze do prawego ucha podzwania lekko. Naciskam mosiądzową klamkę i wchodzę.

Ta podłoga to w końcu panele czy korek? Uch... Ja chyba tej pracy nie przyjmę.

Jestem raczej osobą zwracającą uwagę na estetykę. Jak ujmuje to Halldór - typowa artystka. Mój problem polega na tym, że moje poczucie estetyki jest dość skrzywione...

Rozglądam się po barze. Nie, kurwa. Nie, nie i jeszcze raz nie. Walić rachunki... Yyy, znaczy jedzenie. Ja i Halldóś mamy szczęście, że za naszą kawalerkę płaci ojciec. My mamy sobie jedynie zapewniać wyżywienie.

Blat baru jest w kolorze karmelu. Kolejna wizualna klapa. To wygląda na... Na ul? Tak, to chyba najbardziej adekwatne porównanie.

Rzucam spojrzenie w stronę drzwi z napisem "tylko dla perosnelu". Układam usta w skonsentrowany grymas i wzdycham.

Stoję tak jeszcze chwilę, po czym odwracam się na pięcie i idę w stronę dwóch kobiet. Moje glany wybijają głuchy rytm na tej dupnej korkowo-panelowej podłodze.

Dochodzę do ich stołu. Oprócz drinków, na stole mają też malutki biały talerzyk z nabitymi na wykałaczki cytrynami.

Och, czyli drink na słodko?

Jedna z nich, brunetka, uśmiecha się, ukazując dołeczek po lewej stronie. Co jakiś czas miesza rurką, posyłając te słodkie uśmiechy. Naprzeciwko niej siedzi rozgadana blondynka. Żywo gestykuluje, opowiadając coś, przez co obie co chwila wybuchają śmiechem.

Cóż za sielanka – jaka szkoda byłoby to przerwać.

Uśmiecham się pod nosem. To zadanie dla mnie.

Nie pytając się nikogo o zgodę, gwałtownie przysuwam sobie krzesło z sąsiedniego stolika. Siadam na nim, ignorując zdziwione spojrzenia tej dwójki.

- Zdriastwujcie, towarzyszki.* - uśmiecham się szelmowsko i niebezpiecznie zarazem.

Blondynka wygina usta w przesłodzonym uśmiechu i takimże tonem mówi do mnie:

- Spierdalaj, Rusku.

Polski.

Pierwsze rozumiem doskonale, drugiego się domyślam. Jestem językowym nerdem – znam już 10 i zamierzam nauczyć się więcej. Jak to możliwe? - spytacie. Ano, kiedy zrozumiałam, że wystąpił u mnie praktycznie zanik funkcji lewej półkuli mózgu odpowiedzialnej za nauki ścisłe, dałam se z nimi siana. I skupiłam się na tym, co lubię i w czym jestem dobra – nauki humanistyczne i języki.

A jak się to ma do naszych panienek? Polskiego zamierzałam się uczyć. Nie podołałam. Szeleszczące to takie i gramatyka stoi na głowie. My, Islandczycy ( pół – w moim przypadku ), też mamy przypadki: 4, dokładniej mówiąc. Ale polski... Nie, nie i jeszcze raz – nie.

Nie nauczyłam się języka w całości, więc zapamiętałam parę przekleństw. Ot, na wszelki wypadek, żeby nie dać sobie w kaszę dmuchać.

A rosyjski umiem, więc trochę tego polskiego jednak też...

Na jej odpowiedź śmieję się gardłowo i mówię już po japońsku:

- Ojojoj, tylko mnie nie gryź, okej?

Siedząca obok brunetka patrzy na mnie niepewnie. Szczerzę do niej zęby, co musi wyglądać okropnie z moimi czarnymi wargami i piercingiem. Ona jednak uśmiecha się do mnie ciepło.

- Ty gawarisz pa ruska?* - zagaduję

- Ja nie panimaju pa ruski.* - odpowiada ze śmiechem. - To jedyne zdanie, jakie potrafię powiedzieć po rosyjsku. - przerzuca się na język, który wszystkie rozumiemy.

Wtedy blondynka postanawia się wciąć. Skrzydełka jej nosa rozdymają się lekko, jak u byka patrzącego na czerwoną płachtę.

Och, ostatnim razem, kiedy sprawdzałam, byłam ubrana cała na czarno ( minus luźne spodnie o zgniło-zielonym kolorze ).

- Czego tu tak właściwie szukasz, co, Rusek?

Ma laska charakterek – lubię ją.

Wyjmuję z kieszeni portfel ze sztucznej czarnej skóry. Na jego powierzchni namalowałam białym flamastrem powyginane drzewo na wrzosowisku, nad którym świecie księżyc. Subtelnie i klimatycznie, z lekkim dreszczykiem – sugestia, co jest moją domeną.

Patrzę na zdziwione towarzyszki.

- Kompanii do schlania się. - odpowiadam z drapieżnym uśmieszkiem.

.::*::.

- I on wtedy doszedł po dwóch minutach...! DWÓCH minutach, łapiecie?! - blondynka, która kazała się nazywać Yumi, śmieje się hałaśliwie.

Macha na wszystkie strony szklanką z czystą whiskey. Bursztynowy płyn rozchlapuje się na stole, na którym ja i brunetka, Alex, leżymy, wyjąc ze śmiechu. Podczas, gdy Yumi chwali się swoimi byłymi partnerami, my nie mamy za bardzo czym. Po czwartej butelce Alex przyznała się do dziewictwa. Ja, nie bardzo wtedy upita, gdy tylko rozmowa zeszła na takie tematy, wyznałam to, ale prędko dodałam, że to nie znaczy, że jestem taka znów niewinna.

- No wiecie. - mówiłam, zanosząc się głupkowatym chichotem. - To taki sport ekstremalny. Znajdujesz pijanego, napalonego faceta i zaczynasz go uwodzić. On sobie w tym zapijaczonym łbie bzdura, że ma już dziwkę na noc. A ty mu się w ostatniej chwili wyślizgujesz z łapsk jak pierdolony węgorz! - na koniec zrobiłam nieokreślony ruch rękoma.

Gdy teraz to sobie przypominam, zalewa mnie fala niekontrolowanego śmiechu. Ryczę i ryczę, czując, jak mięśnie mi drętwieją, a oczy zachodzą łzami. Alex i Yumi z kolei próbują nawiązać dalszą rozmowę.

Podchodzi do nas zakłopotany kelner. Mrużę oczy, próbując ustawić ostrość. Nie udaje się. Nawet nie umiem określić, czy ładny, czy nieładny... O, ta czarna plama na czubku głowy, to włosy, prawda?

- Bardzo przepraszam. - zaczyna, kłaniając się nisko. - Ale z powodu pań zachowania, szef prosi, by opuściły panie lokal. Przyszedłem z rachunkiem.

- Hvad*? - mówię.

Udawanie cudzoziemki i bycie "ja nie panimaju, co twoja godoć" jest w takich sytuacjach najlepszym wyjściem.

Kelnerzyna jest jednak cwany jak ten lis.

- Z całym szacunkiem, ale słyszałem, jak mówią panie po japońsku.

Mam mu powiedzieć, co sądzę o takim traktowaniu klienteli, gdy w tym samym momencie na chwiejnych nogach staje Yumi.

- Jakbyś był ładny...- zaczyna. - Ale nie jesteś... A szkoda... Boże, jaka szkoda...

Mam wrażenie, że zaraz wybuchnie szlochem. Zrywam się więc na równe nogi, prawie zwalając się na ziemię. Po jako takim utrzymaniu równowagi wbijam w kelnera wściekły wzrok.

Jednak czuję, że ktoś łapie mnie za ramię. Nie wiem, kto to, ale ten ktoś płaci kelnerowi i wybiega ze mną i Yumi „pod pachą”.

- Dokąd? - pyta „ten ktoś”.

Ach, no tak. Po głosie poznaję, że to Alex.

- Do mnie nie...- mamroczę. - Halldór... Sachiko...

- Do mnie. - odpowiada Yumi.

..::*::.

*Vera Lynn – popularna w latach 40-tych amerykańska piosenkarka

*Zdriastwujcie, towarzyszki. - ros. „Witam, towarzyszki”

*Ty gawarisz pa ruska? - ros. „Mówisz po rosyjsku?”

*Ja nie panimaju pa ruski. - ros.”Ja nie rozumiem po rosyjsku.”

* Hvad? - isl. „Co?”


czwartek, 30 kwietnia 2015

Rozdział 1 - Alex

,,Lekkomyślnie poszukiwałam czegoś.
W tamtych czasach akceptowałam popełnianie błędów.
Wiem, że zwykłam się ośmieszać,
Ale chciałam tylko biec naprzód, niczego nie żałując.
Mogłam ufać tylko sobie.
Przyjaciele nie byli mi potrzebni...*'' - tak było kiedyś... zanim pojechałam do Japonii.


Idąc ulicami olbrzymiego i malowniczego Tokio lubię przyglądać się codziennym życiu Japończyków. Odkąd pamiętam uważałam, że najpiękniejsze zdjęcia to te, które przedstawiają żywot ludzki, gdyż jest on nam najbliższy. Stają się one wtedy prawdziwsze i ukazują najważniejszą wartość: obecność w świecie. Moje oczy zauważyły małą dziewczynkę. Stała przy szybie niewielkiego sklepiku z lizakami. Dopiero gdy stawała na palcach mogła ujrzeć, jakie kolorowe, chwilowe szczęście znajduje się za tą gablotą. W ciągu sekundy wybrała odpowiednią słodycz. Lewą ręką wskazywała dany przedmiot, a prawą ciągnęła skrawek kurtki swej babci. Pstryk! Już ta rozczulająca chwila była w pamięci mojego aparatu. Zawsze mam go przy sobie, w końcu z zawodu jestem fotografem. Znaczy... aktualnie poszukuję jakiejś stałej pracy. Przypominając sobie o tym, ciężko westchnęłam. Po całym dniu szukania posady nogi odmawiały mi posłuszeństwa. Rozejrzałam się za odpowiednim miejscem na zasłużony relaks. Niedaleko stało kilka samotnych ławek, lecz gdy zimny wiatr opatulił mnie, zrezygnowałam z tej decyzji. Skierowałam się do pierwszej najbliższej kawiarni na filiżankę gorącej herbaty z nutką cytryny. Ze szczęścia aż liczyłam ile kroków pozostało do celu. Zerknęłam na nazwę kafejki - ,, Kawaii Cafe". Jakie tandetne miano, boje się, że spotkam tam hordę piskliwych, niedojrzałych gimnazjalistek, a kelnerki ubrane w stroje pokojówek przynosić mi będą stosiki malutkich, kolorowych cukierków. Gdy otworzyłam drzwi na moją twarz buchnęło gorące powietrze. Wbrew moim podejrzeniom w skromnym pomieszczeniu panowała spokojna i przyjazna atmosfera. Ciepłe kolory ścian świetnie dopasowały się do drewnianych mebli. Do uszu napływała łagodna melodia, która pomagała nielicznym gościom się odprężyć. Rozpoczęłam poszukiwania za miejscem. Przede mną znajdowała się niewielka lada z kilkoma siedzeniami, z lewej o bok wnętrza opierały się skórzane kanapy, a przy oknie umiejscowiono parę niewinnych stoliczków z krzesłami. Na jednych z tych ostatnich spoczęły dwie starsze panie, które donośnie plotkowały. Zdecydowałam się klapnąć przy szybie z wielkim logo kawiarni. Odłożyłam swój bagaż i płynnym ruchem chwyciłam menu. Rzucałam okiem to na jedną propozycję, to na drugą. Mój wzrok przykuła filiżanka herbaty, o której marzyłam. Bez zawahania zgodziłam się na ten pomysł. Położyłam kartę na miejsce i spojrzałam na miejski krajobraz. Mimo, iż nastała już wiosna na dworze nadal trzymał się chłodny wiatr. Dla tutejszych mieszkańców nie był to problem, ulica przepełniona była spieszących się ludzi do pracy lub na zakupy. Chwilę przyglądałam się jeszcze temu, lecz później zorientowałam się, że przy mnie ktoś stoi. Była to niższa ode mnie blondynka. Jej strój był elegancki: średniej długości, czarna spódnica, wysokie szpilki oraz biała koszula ze zwiniętymi do łokci rękawami. Podkreślało to atmosferę panującą w kafejce. Miała lekko widoczne rysy oraz dość duże, błękitne oczy. Po jej urodzie można stwierdzić, że nie jest Japonką, a przynajmniej nie czystej krwi. Nie patrząc na mnie, nerwowo uderzała rysikiem długopisu o notatnik w jej ręce i czekała na moją odpowiedź:
- Dzień dobry, poproszę herbatę.
- OK – Rzuciła, obróciła się na pięcie i odeszła. Nie było to zachowanie odpowiednie w stosunku do klienta. Na szczęście ja nie miałam sił by się wykłócać, więc doszłam do wniosku, że pewnie dziewczyna marzy o wygodnym fotelu i miłym czytadełku. Z mych ciemnych jeansów wyjęłam telefon. Tao nie wysłał mi nadal żadnych wiadomości w sprawie zdjęć. Najgorsza w takich chwilach jest ta niepewność. Nie wiesz, czy powinnaś się na chwilę zatrzymać, czy może jak najszybciej przeć do przodu. Odłożyłam urządzenie zrezygnowana i wygodnie oparłam się o krzesło. Rozmyślałam na temat swojego aktualnego miejsca zamieszkania. Muszę znaleźć jakieś inne lokum, bo nie będę wiecznie żyć na koszt Tao. Jak ja mu się odwdzięczę? Niby zrobiłam dla niego ten album, ale to nie równa się z tym, co on zrobił dla mnie. Nagle myślami przeniosłam się do mojego rodzinnego domu. Jest on tak daleko, czy radzą sobie tam beze mnie? W ciągu sekundy wróciłam na ziemię, gdyż poczułam parzący ból na prawym udzie. Natychmiast podniosłam się, przewracając z hukiem delikatne krzesło. Rozgniewana spojrzała na bolącą nogę, by rozpoznać przyczynę dolegliwości. Na mych nowych jeansach spostrzegłam obszerną plamę, a na stole chwiała się to w jedną to w drugą stronę pusta filiżanka. Zostałam oblana gorącą herbatą! Wrogo zerknęłam na stojącą przy mnie kelnerkę, zgarnęłam garść serwetek i zaczęłam wycierać brud:
- Ja pier... znaczy, przepraszam panią bardzo, ja... Alex? - Zaskoczona luknęłam na kobietę. Skąd ona zna moje imię? Starałam się w głębi mojego pamięci odnaleźć jej twarz: różana cera, łagodnie zaostrzone rysy, krystalicznie błękitne paczadełka, długie, cienkie, proste, blond włosy i ten obfity biust. Z jej buzi nie schodził uśmiech, czekała na moją reakcje. Nadal jak idiotka patrzyłam na nią, nie mogąc sobie jej przypomnieć. Wtedy zrobiła coś zupełnie niespodziewanego -wyciągnęła w moją stronę mały palec:
- Pamiętasz? - Poczułam się jakby piorun we mnie uderzył. Ten niewinny gest wszystko mi odtworzył . Pamiętny dzień - 9 czerwiec, plac zabaw, 2 klasa podstawówki, obietnica na paluszki. Poczułam jak łezka kręci mi się w oku, lecz to nie była odpowiednia chwila na płacz. Zapomniałam już o piekącym bólu, o niemiłym incydencie, o moich problemach. Jedynie co chciałam wtedy zrobić, to uścisnąć moją  przyjaciółkę z dzieciństwa- Lenę. Rzuciłyśmy się w swe ramiona, niemiłosiernie przy tym piszcząc. W najskrytszych marzeniach nie wierzyłam, że jeszcze kiedykolwiek ją spotkam, a zwłaszcza w Japonii. Ciekaw jestem, czy zdaje sobie sprawę, jak ważną była dla mnie osobą, zwłaszcza w tamtym okresie mojego życia.
- Ja nie mogę, tyle czasu minęło, tyle mam ci do opowiedzenia. Co ty właściwie tu robisz? - Wykrzykiwała milion pytań na minutę, jak to przystało na Lenę, która pamiętam.
- Mogę spytać cię o to samo. Nie przypuszczałam, że znajdę cię w Tokio. - Naszą rozmowę przerwał przenikliwy okrzyk kobiety za ladą:
- Ayumi, pospiesz się, bo zaraz zamykamy.
- Hai**, już załączam się na tryb turbo - zasalutowała niezgrabnie do koleżanki z pracy, gestem ręki kazała mi zaczekać i obiegła całą kafejkę, by pozbierać naczynia. Podniosłam krzesło, klapnęłam na nim i spojrzałam na siebie. Ubrana byłam w biały top, skórzaną kurtkę koloru latte, na szyi owiniętą miałam kolorową chustę i do tego włożyłam ciemne jeansy i czarne szpilki na niewielkim obcasie. Na szczęście tylko moje spodnie ucierpiały w skutek oblania herbatą. Westchnęłam sobie cicho. Ayumi? Dlaczego ta niska Japonka tak nazwała moją starą przyjaciółkę? Czyżby podobnie do mnie w Kraju Wiśni używała drugiego imienia? Ale przecież ona jest Polką czystej krwi, jej dziadek nie nadał jej japońskiego miana, tak jak mi. Postanowiłam nie zaprzątać sobie tym głowy, dzisiaj jest mój szczęśliwy dzień, powinnam się bawić, a nie zamartwiać takimi bzdetami. Uśmiechnęłam się do siebie, przypominając spędzone razem dziecięce chwile: zabawa w wojnę, policję i złodziei, kalambury, nocowanie w namiocie. To były naprawdę radosne momenty. Nagle przypomniałam sobie również TO wydarzenie. Strach, płacz, krew... Zacisnęłam pięści, by odrzucić to wspomnienie:
- Wszystko gra? - Podniosłam głowę, by spojrzeć na właściciela głosu. Gdy patrzyłam wtedy głęboko w oczy Leny, jeszcze bardziej poczułam jak ważną jest dla mnie osobą. To ona była przy mnie, rozśmieszała mnie, podnosiła na duchu i nigdy mnie nie oceniała. Była dla mnie jak siostra, zawsze ją podziwiałam i chciałam mieć tyle radości co ona. Nawet teraz, gdy widzi, że coś mnie trapi, o nic nie pyta, uśmiecha się szeroko i wyciąga w moją stronę otwartą dłoń. To ona pomagała mi się podnieść, pomaga nawet tak słabej osobie jak ja.* Zabrałam swój bagaż, położyłam swoją rękę na jej, chwyciłyśmy się i wyszłyśmy. Same nie wiedziałyśmy, gdzie idziemy, ważne że byłyśmy razem.
- Ej, a co z kasą za herbatę? - Spytałam.
- Oblałam cię ją, więc za co masz płacić? - Przytaknęłam. Dopiero na zewnątrz zauważyłam, że jej strój diametralnie się zmienił: czarna skórzana kurtka, biały, luźny top z czarnym nadrukiem gitary, czarne obdzierane na kolanach rurki i glany. Moim zdaniem zupełnie nie pasował do jej charakteru, lecz nie moim zadaniem jest jej ocenianie. Chyba spostrzegła się, że ją oglądam, uśmiechnęła się znów i donośnym głosem wykrzyknęła:
- Trzeba to oblać, chodź wejdziemy do pobliskiego baru. - Zaskoczona spojrzałam na nią i szybko dodałam:
- Hai!**

*Tekst Miseinen - The GazettE
**Hai - jap. Tak