-
Nie wierzę, po prostu, kurwa, nie wierzę.
Z
moich pomalowanych na czarno ust, raz po raz wydobywają się zgrabne
wiązanki przekleństw oraz liczne warkoty i prychnięcia. Wściekle
to zaciskam, to rozkurczam dłoń na wycinku z gazety. Tusz, którym
został wydrukowany tekst, rozmazuje się przez pot. Jest chłodno –
a mi z kolei upalnie. Powietrze, którym oddycham, parzy mi płuca.
Tak jakbym wypiła jakąś szklanicę kwasu. Nie wiem, czemu tak
jest. Zwykle się tak nie stresuję przesłuchaniami.
Kobieca
intuicja?
Tja,
jakbym jakąkolwiek posiadała..
Nie
opatulam się w swetry, nie jestem w płaszczu. Poruszam lekko
ramionami, czując jak moja skórzana czarna kurtka z licznymi
zamkami przesuwa się. Czuję to dokładnie na moich nagich,
wytatuowanych ramionach - mam na sobie tylko czarny podkoszulek.
"Pracy
szukasz, nie? Robienie za Verę Lynn* jest jednak za tanie, wiesz?"
Przypominam
sobie słowa Halldóra, po czym prycham i tupiąc, wypuszczam kolejny
potok niecenzuralnych słów. Przechodząca obok starsza pani zakrywa
idącemu tuż koło niej dziecku uszu. Jej pomarszczona twarz pełna
jest wyrzutu, ale gdy zauważa moje ostre rysy, tak tutaj nie
pasujące, jej wściekłość zmienia się w pobłażanie.
Och,
no tak – ci cudzoziemcy, tacy niewychowani...
Dzieciak
za to wyłupia te oczy, jak tylko może. Mam ochotę sarknąć na
niego, żeby tak się nie wysilał, bo on to rodowy Japończyk i
tylko operacja plastyczna...
Milczenie
jest jednak o wiele lepszą opcją.
Powodem
mojego poprzedniego uniesienia jest bar, przed którą stoję. "Drunk
Paradise"... Kto tę nazwę wymyślił? Z jakiegoś powodu czuję
żyłkę pulsującą na skroni.
Lokum
wygląda w cholerę przeciętnie. Stoję przed budynkiem, więc nie
wiem – może w środku jest lepiej? Ale to, co widzę na chwilę
obecną, nie zachwyca.
Ściany
w oranżach, żółciach... Zero pazura. Dziwaczne zestawienie
stoliczków i barowych kanap. Podłoga wyłożona panelami, które
mogą być równie dobrze dębem, orzechem... Cholera wie czym. Bez
charakteru, przeciętnie – dupa.
Ach,
ale te obiecana sumka za jeden występ...
Stoję
tak jeszcze przez chwilę, mieląc w dłoniach papier. Nerwowo
przystępuję z nogi na nogę, mając dziwaczne wrażenie, że pot aż
chlupocze mi w glanach. Może nie powinnam ich ubierać? Nah, albo
glany, albo boso.
Mam
już otworzyć te paskudnie przeciętne drzwi, gdy mój wzrok
przykuwa witryna.
Eeee,
złe słowo – zaraz zabrzmię, jakbym kogoś uprzedmiotowywała.
Przy
stoliku, tuż przy oknie siedzą dwie młode kobiety. Widać, że z
całą pewnością nie Japonki. Mają słowiańskie rysy. Wysokie,
mogę to zobaczyć nawet, gdy siedzą. Ale co bardziej przykuwa mój
wzrok, są ich biusty. Gapię się i gapię i wciąż nie mogę
uwierzyć, jak to to jeszcze im z bluzek nie powyskakiwało.
Piją.
Nie bardzo wiem co. Podejrzane kolory; jakieś takie ni to zielone,
ni to niebieskie, trochę żółci, tam kapka różu... Wzdrygam się
na myśl, co barman mógł tam podolewać. Halldór zdradził mi
trochę sekretów i od tej chwili do pracy przynoszę własny
alkohol. Ja naprawdę boję się własnego brata.
Pigułkę
gwałtu w płynie już wymyślono? Eeee, chyba nie...
Potrząsam
głową, słysząc jak łańcuszek biegnący od piercingu w dolnej
wardze do prawego ucha podzwania lekko. Naciskam mosiądzową klamkę
i wchodzę.
Ta
podłoga to w końcu panele czy korek? Uch... Ja chyba tej pracy nie
przyjmę.
Jestem
raczej osobą zwracającą uwagę na estetykę. Jak ujmuje to Halldór
- typowa artystka. Mój problem polega na tym, że moje poczucie
estetyki jest dość skrzywione...
Rozglądam
się po barze. Nie, kurwa. Nie, nie i jeszcze raz nie. Walić
rachunki... Yyy, znaczy jedzenie. Ja i Halldóś mamy szczęście, że
za naszą kawalerkę płaci ojciec. My mamy sobie jedynie zapewniać
wyżywienie.
Blat
baru jest w kolorze karmelu. Kolejna wizualna klapa. To wygląda
na... Na ul? Tak, to chyba najbardziej adekwatne porównanie.
Rzucam
spojrzenie w stronę drzwi z napisem "tylko dla perosnelu".
Układam usta w skonsentrowany grymas i wzdycham.
Stoję
tak jeszcze chwilę, po czym odwracam się na pięcie i idę w stronę
dwóch kobiet. Moje glany wybijają głuchy rytm na tej dupnej
korkowo-panelowej podłodze.
Dochodzę
do ich stołu. Oprócz drinków, na stole mają też malutki biały
talerzyk z nabitymi na wykałaczki cytrynami.
Och,
czyli drink na słodko?
Jedna
z nich, brunetka, uśmiecha się, ukazując dołeczek po lewej
stronie. Co jakiś czas miesza rurką, posyłając te słodkie
uśmiechy. Naprzeciwko niej siedzi rozgadana blondynka. Żywo
gestykuluje, opowiadając coś, przez co obie co chwila wybuchają
śmiechem.
Cóż
za sielanka – jaka szkoda byłoby to przerwać.
Uśmiecham
się pod nosem. To zadanie dla mnie.
Nie
pytając się nikogo o zgodę, gwałtownie przysuwam sobie krzesło z
sąsiedniego stolika. Siadam na nim, ignorując zdziwione spojrzenia
tej dwójki.
-
Zdriastwujcie, towarzyszki.* - uśmiecham się szelmowsko i
niebezpiecznie zarazem.
Blondynka
wygina usta w przesłodzonym uśmiechu i takimże tonem mówi do
mnie:
-
Spierdalaj, Rusku.
Polski.
Pierwsze
rozumiem doskonale, drugiego się domyślam. Jestem językowym nerdem
– znam już 10 i zamierzam nauczyć się więcej. Jak to możliwe?
- spytacie. Ano, kiedy zrozumiałam, że wystąpił u mnie
praktycznie zanik funkcji lewej półkuli mózgu odpowiedzialnej za
nauki ścisłe, dałam se z nimi siana. I skupiłam się na tym, co
lubię i w czym jestem dobra – nauki humanistyczne i języki.
A
jak się to ma do naszych panienek? Polskiego zamierzałam się
uczyć. Nie podołałam. Szeleszczące to takie i gramatyka stoi na
głowie. My, Islandczycy ( pół – w moim przypadku ), też mamy
przypadki: 4, dokładniej mówiąc. Ale polski... Nie, nie i jeszcze
raz – nie.
Nie
nauczyłam się języka w całości, więc zapamiętałam parę
przekleństw. Ot, na wszelki wypadek, żeby nie dać sobie w kaszę
dmuchać.
A
rosyjski umiem, więc trochę tego polskiego jednak też...
Na
jej odpowiedź śmieję się gardłowo i mówię już po japońsku:
-
Ojojoj, tylko mnie nie gryź, okej?
Siedząca
obok brunetka patrzy na mnie niepewnie. Szczerzę do niej zęby, co
musi wyglądać okropnie z moimi czarnymi wargami i piercingiem. Ona
jednak uśmiecha się do mnie ciepło.
-
Ty gawarisz pa ruska?* - zagaduję
-
Ja nie panimaju pa ruski.* - odpowiada ze śmiechem. - To jedyne
zdanie, jakie potrafię powiedzieć po rosyjsku. - przerzuca się na
język, który wszystkie rozumiemy.
Wtedy
blondynka postanawia się wciąć. Skrzydełka jej nosa rozdymają
się lekko, jak u byka patrzącego na czerwoną płachtę.
Och,
ostatnim razem, kiedy sprawdzałam, byłam ubrana cała na czarno (
minus luźne spodnie o zgniło-zielonym kolorze ).
-
Czego tu tak właściwie szukasz, co, Rusek?
Ma
laska charakterek – lubię ją.
Wyjmuję
z kieszeni portfel ze sztucznej czarnej skóry. Na jego powierzchni
namalowałam białym flamastrem powyginane drzewo na wrzosowisku, nad
którym świecie księżyc. Subtelnie i klimatycznie, z lekkim
dreszczykiem – sugestia, co jest moją domeną.
Patrzę
na zdziwione towarzyszki.
-
Kompanii do schlania się. - odpowiadam z drapieżnym uśmieszkiem.
.::*::.
-
I on wtedy doszedł po dwóch minutach...! DWÓCH minutach,
łapiecie?! - blondynka, która kazała się nazywać Yumi, śmieje
się hałaśliwie.
Macha
na wszystkie strony szklanką z czystą whiskey. Bursztynowy płyn
rozchlapuje się na stole, na którym ja i brunetka, Alex, leżymy,
wyjąc ze śmiechu. Podczas, gdy Yumi chwali się swoimi byłymi
partnerami, my nie mamy za bardzo czym. Po czwartej butelce Alex
przyznała się do dziewictwa. Ja, nie bardzo wtedy upita, gdy tylko
rozmowa zeszła na takie tematy, wyznałam to, ale prędko dodałam,
że to nie znaczy, że jestem taka znów niewinna.
-
No wiecie. - mówiłam, zanosząc się głupkowatym chichotem. - To
taki sport ekstremalny. Znajdujesz pijanego, napalonego faceta i
zaczynasz go uwodzić. On sobie w tym zapijaczonym łbie bzdura, że
ma już dziwkę na noc. A ty mu się w ostatniej chwili wyślizgujesz
z łapsk jak pierdolony węgorz! - na koniec zrobiłam nieokreślony
ruch rękoma.
Gdy
teraz to sobie przypominam, zalewa mnie fala niekontrolowanego
śmiechu. Ryczę i ryczę, czując, jak mięśnie mi drętwieją, a
oczy zachodzą łzami. Alex i Yumi z kolei próbują nawiązać
dalszą rozmowę.
Podchodzi
do nas zakłopotany kelner. Mrużę oczy, próbując ustawić
ostrość. Nie udaje się. Nawet nie umiem określić, czy ładny,
czy nieładny... O, ta czarna plama na czubku głowy, to włosy,
prawda?
-
Bardzo przepraszam. - zaczyna, kłaniając się nisko. - Ale z powodu
pań zachowania, szef prosi, by opuściły panie lokal. Przyszedłem
z rachunkiem.
-
Hvad*? - mówię.
Udawanie
cudzoziemki i bycie "ja nie panimaju, co twoja godoć" jest
w takich sytuacjach najlepszym wyjściem.
Kelnerzyna
jest jednak cwany jak ten lis.
-
Z całym szacunkiem, ale słyszałem, jak mówią panie po japońsku.
Mam
mu powiedzieć, co sądzę o takim traktowaniu klienteli, gdy w tym
samym momencie na chwiejnych nogach staje Yumi.
-
Jakbyś był ładny...- zaczyna. - Ale nie jesteś... A szkoda...
Boże, jaka szkoda...
Mam
wrażenie, że zaraz wybuchnie szlochem. Zrywam się więc na równe
nogi, prawie zwalając się na ziemię. Po jako takim utrzymaniu
równowagi wbijam w kelnera wściekły wzrok.
Jednak
czuję, że ktoś łapie mnie za ramię. Nie wiem, kto to, ale ten
ktoś płaci kelnerowi i wybiega ze mną i Yumi „pod pachą”.
-
Dokąd? - pyta „ten ktoś”.
Ach,
no tak. Po głosie poznaję, że to Alex.
-
Do mnie nie...- mamroczę. - Halldór... Sachiko...
-
Do mnie. - odpowiada Yumi.
..::*::.
*Vera
Lynn – popularna w latach 40-tych amerykańska piosenkarka
*Zdriastwujcie,
towarzyszki. - ros. „Witam, towarzyszki”
*Ty
gawarisz pa ruska? - ros. „Mówisz po rosyjsku?”
*Ja
nie panimaju pa ruski. - ros.”Ja nie rozumiem po rosyjsku.”
*
Hvad? - isl. „Co?”
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz